Komentarze

Wyjazd był długi, męczący i nade wszystko bardzo przyjemny. Miło było, aczkolwiek w mniejszym towarzystwie zapewne byłoby milej.

Sofia zaskakiwała kontrastami, zabytkami na każdym kroku, z przejściem podziemnym włącznie. Targiem staroci pełnym nazistowskich pamiątek. Potem meczet, siedziba popów, główna synagoga. Bardzo niedobry kebab, pyszne i klejącego od cukru kandyzowane figi z supermarketu. Targ pod ministerstwem edukacji.

W międzyczasie - Rilski Monastyr, do którego dotarliśmy z trudem oraz dużą ilością niespodzianek po drodze (najbardziej interesującą był kierowca przekazujący kierownicę swojemu niedoświadczonemu koledze kiedy jechaliśmy po serpentynie koło przepaści, ach, ten radosny spokój i optymizm Bułgarów).

Pełna przesiadek, czekania w dziwnych miejscach i przysypiania na ławkach podróż przez malowaną Kopriwszticę z ulicą Pierwszego Wystrzału, różany Kazanłyk, gdzie odbijaliśmy sobie dotychczasowe niewygody nocując w hotelu i jeszcze wiele miasteczek gdzieś po drodze.

Wielkie Tyrnowo, niezbyt duże mimo dumnej nazwy, gdzie trafiliśmy na zamknięte muzea, setki schodów łączących kolejne ulice i zaułki, uroczą knajpkę z Aerosmith w tle i frytkami z sirene na pierwszym planie. W pomniku górującym nad miastem dopatrzono się oczywiście symbolu fallicznego, zaś w otaczających go wojach - archetypów klas z d&d. Lokalnych barmanów nauczono podawać malibu z mlekiem w jednej, a nie w osobnych szklankach.

Nad morzem mieliśmy koty w dużych ilościach, glony, przygłuchą babę Kalinkę, podejrzenia o zepsucie drzwi i prysznica. Wypad do przeładowanego Polakami Nesebyru. Breezera wieczorem na plaży w towarzystwie zacnego wina Chan Krum. Pizzę na dwoje, połączoną z długo wyczekiwaną chwilą świętego spokoju.

A potem długa-długa jazda do Sofii i jeszcze dłuższa, do Krakowa...